Koleś Travel

Wspomnienia nałukofca wykolesiowanego

Wpisy

  • niedziela, 04 września 2016
    • Poprawność polityczna jest wszędzie

      Nasza katedra usytuowana była wzdłuż korytarza, który łączył się z innym korytarzem (oba tworzyły korytarz w kształcie litery T).
      Przy tych korytarzach znajdowały się pomieszczenia trzech, a potem czterech (czy nawet pięciu) grup badawczych (cztery osobne katedry ze swoimi kierownikami). Ten korytarz w kształcie litery T miał jedno główne wejście z głównego holu Wydziału oraz dwa boczne wejścia. Jedno z tych bocznych wejść było wejściem do naszej katedry (jak zaczynałem pracę).

      Głównym wejściem wchodzili wszyscy studenci oraz różni goście. Bocznym, naszym wejściem - tylko nieliczni, którzy wiedzieli o tym wejściu, pracownicy naszej katedry oraz tzw. przechodzący tranzytem (na skróty, np. z wykładu). Ponieważ nasza katedra od zawsze miała dyżurnego, który wychodząc jako ostatni miał za zadanie sprawdzić wszystkie nasze pomieszczenia, pozamykać niezamknięte drzwi, zamykał on drzwi wejściowe do naszej katedry (te boczne od korytarza w kształcie litery T) a klucze od tych drzwi oddawało się na portierni. Reszta nas nie interesowała. Ale nie trwało to zbyt długo.


      Ponieważ głównym wejściem wchodzili studenci na zajęcia, które trwały często do godziny 19-20! pracownicy katedry, która miała pod swoją "opieką" to główne wejście (musieli je często, a niekiedy nawet codziennie zamykać dość późno) zbuntowali się - dlaczego tylko oni mają czekać do końca zajęć, by te drzwi zamknąć? Rację mieli, ale - dlaczego inni pracownicy mieliby im w tym pomagać, skoro mieli swoje osobne drzwi wejściowe do swojej katedry?


      No i wtedy zaczęła się polityka a wraz z nią tzw. poprawność polityczna. W międzyczasie pojawili się dodatkowo na korytarzach nieznani osobnicy, coś tam komuś zginęło, kilka razy pozostawiono na noc niezamknięte drzwi wejściowe z głównego holu. Sprawa otarła się o dziekana i wymyślono ... dyżury wszystkich katedr przylegających do tego korytarza w kształcie litery T. Ok - my w sprawie dyżurów byliśmy doświadczeni, ale te główne teraz dyżury wypadały na jednego pracownika raz w miesiącu i to do godziny 20.00! Oczywiście z dyżurów zwolnieni zostali wszyscy profesorowie!. Mało tego - nie miało się za bardzo wpływu na to, czy ten dyżur przydzielony zostanie nam w dniu naszego dyżuru w katedrze, czy np. w piątek (do 20.00!). Aby nam się za bardzo w główkach nie poprzewracało - decyzją dziekana zamknięto na stałe nasze drzwi wejściowe do naszej katedry! Teraz wejściowymi drzwiami do wszystkich katedr miały być tylko jedyne drzwi z głównego holu. Zainstalowano nad nimi nawet kamerę i obraz z niej miał śledzić, tak jak potem z kilku jeszcze innych kamer - portier na portierni. Niewiele te kamery dały, gdyż jak kilka lat później trzej złodzieje wynieśli laptopa jednemu pracownikowi pod okiem tych kamer i trzeba było obejrzeć obraz na nich zarejestrowany - to się okazało, że ... wtedy akurat jakimś sposobem nie nagrywały!!!

       

      Z tymi wspólnymi dyżurami co roku były jakieś problemy, sporo pracowników nie za bardzo się do tych dyżurów przykładało. No i my wielokrotnie męczylismy naszego kierownika, dlaczego nie można by "odgrodzić" się od pozostałych katedr i wrócić do naszego wejścia jak to było dawniej? Przecież wystarczyłoby postawić cienką ścianę z jakiegokolwiek materiału, na korytarzu przy końcu naszej katedry - i wtedy argument podnoszony przez tych co wymyślili wspólne dyżury - że "naszym wejściem wpuszczamy niezidentyfikowanych osobników, być może złodziei" - by upadł! Niestety poprawność polityczna nie pozwoliła na "postawienie się władzy i kumplom z sąsiednich katedr" przez naszego kierownika i "odgrodzenia" się od innych.

       

      Ale okazuje się, że inni, po wyprowadzce naszego Wydziału z budynku - od razu zrobili "odgrodzenie się". Jakież było moje zdziwienie, gdy niedawno odwiedziłem "stare śmieci" i zobaczyłem, że z głównego holu nie można już dojść do naszej katedry, gdyż na końcu prostego korytarza stoi po prostu murowana ściana! A nam przez "poprawność polityczną" utrudniano życie i pracę przez kilkanaście lat! A wystarczyło takie proste rozwiązanie, o którym wielokrotnie i głośno mówiliśmy!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kolestravel
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 września 2016 13:14
  • czwartek, 16 lipca 2015
    • Kto uczył studentów na mojej uczelni?

      Czy będąc studentem zastanawiałeś się dlaczego dane zajęcia prowadził magister X a nie doktor Y? Przecież ten mgr X według Ciebie wiedział mniej niż Ty! I często niestety miałeś rację! W każdej dziedzinie są lepsi i gorsi. Są wybitni nauczyciele w szkole i są słabi. Jednych lubimy a z drugich się śmiejemy. Są wybitni fachowcy, np. jak chcesz zrobić remont czegokolwiek, i są partacze.

       

      Kto i z jakiego klucza przydziela nauczycieli akademickich do prowadzenia zajęć ze studentami na uczelni?

       

      Na moim wydziale nie było żadnego klucza ... w danym zespole dydaktycznym, poza profesorami, wszyscy traktowani są na równi a o tym kto jakie zajęcia poprowadzi decyduje ... jedna z osób wyznaczonych, przez kierownika tego zespołu, do rozdzielenia godzin dydaktycznych  (na danym wydziale może być kilka zespołów działających w zakresie danej specjalności). Tak, rozdzielenia godzin - aby każdy nauczyciel akademicki miał tzw. pensum dydaktyczne.
      Jeśli np. doktorant ma pensum 70 godzin, adiunkt 200 a profesor 150 - to każdemu taka osoba musi przydzielić minimum tyle właśnie godzin.


      Tą osobą może być każdy z pracowników, którzy też kiedyś prowadzili lub obecnie prowadzą zajęcia ze studentami.


      Przy obsadzaniu zajęć prowadzącymi nie ma wielkiego znaczenia, czy nauczycielem jest magister na pierwszym roku studiów doktoranckich czy doktor habilitowany mający 20 lat doświadczenia dydaktycznego. Jedynie wykłady prowadzone są przez profesorów i ew. przez doktorów habilitowanych.

      Jakie doświadczenie może mieć magister, który jeszcze przed wakacjami (czyli ze trzy miesiące wcześniej) był studentem piątego roku?
      Jeśli trafi mu się w grupie wybitny student to go po prostu ośmieszy albo się zanudzi na zajęciach prowadzonych przez niedoświadczonego magistra.

       

      W ostatnich latach na mojej uczelni było też tak, że dane zajęcia, z daną grupą studentów, w jednym semestrze prowadzone były nawet przez trzy osoby! Czyli, np. na pracowni w semestrze studenci mają 75 godzin (15 tygodni po 5 godzin), to dzieliło się to na trzech prowadzących, np. jeden prowadził 30 godzin, drugi 25 i trzeci 20. Inną z kolei grupą studentów opiekował się na tej samej pracowni, przez cały semestr, ten sam nauczyciel.
      Jeśli pracownia jest tak zorganizowana, że do kolejnych ćwiczeń przystępuje się, gdy wykona i zaliczy się poprzednie - to sytuacja jest nieciekawa. Drugi czy trzeci prowadzący takie zajęcia "musi" wykonać dodatkową pracę za pierwszego prowadzącego, który np. był wymagającym i nie pozaliczał studentom kolokwium czy ćwiczeń, które były na początku semestru. Ostatni z prowadzących niewiele wie o umiejętnościach studentów (ma tylko gołe oceny wystawione przez poprzednich prowadzących) a musi im na końcu wystawić oceny.


      W takim sposobie rozdzielania godzin dydaktycznych często dochodziło do sytuacji, że dana osoba miała dwa rodzaje zajęć do prowadzenia w tym samym czasie! Bo z kolei plan zajęć ustalała inna osoba, która nie koordynowała tego planu z osobą przydzielającą godziny nauczycielom! Nawet jakby te osoby chciały to skoordynować, to przy tak dużej liczbie nauczycieli, ich corocznej rotacji, oraz sporej ilości zajęć - nie byłyby w stanie tego zrobić!
      Czyli tuż po otrzymaniu przydziału zajęć trzeba było szybko sprawdzić plan i jeśli coś się nakładało to trzeba było szybko prosić o zmianę przydziału. Starsi pracownicy lub znajomi osoby przydzielającej te godziny, mogli liczyć na ewentualne "lżejsze" przydziały. No bo łatwiej jest prowadzić 7 godzin zajęć w jednym dniu (ciągiem) na pracowni z grupą np. 15 studentów, niż 7 razy w tygodniu po jednej godzinie ćwiczeń rachunkowych czy proseminarium z grupą 30-40 studentów (np. raz o 8.00, potem o 14.15 czy na drugi dzień o 17.30 a na trzeci o 15.00)!
      Bywało też tak, że dana osoba, nawet roku po roku, była przydzielana do poprowadzenia innych zajęć. Ja w swojej kilkunastoletniej karierze dydaktycznej prowadziłem kilkanaście rodzajów zajęć (nie wiem czy nie wszystkie jakie były do poprowadzenia), a nawet na końcu otarłem się o coś w rodzaju wykładu. Mnie to pozwoliło na zdobycie szerokiego doświadczenia, ale czy zawsze było to dobre dla studentów? - to już bym taki pewny nie był.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kolestravel
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 lipca 2015 15:37
  • wtorek, 14 lipca 2015
    • Konkursy na stanowiska na uczelni

      Jako bezrobotny były "nałukowiec" zajrzałem sobie na stronę mojej byłej uczelni, czy nie ma tam jakiegoś konkursu na etat, którym bym mógł się zainteresować. Ale czy ja na głowę upadłem? Jakie konkursy ... to nie są konkursy ... Przecież sam kilkanaście lat temu byłem już zatrudniany z takiego "konkursu".


      Odbywa się to oczywiście według odpowiedniej ustawy oraz statutu uczelni.


      Ale w praktyce, z punktu widzenia zatrudnianego, pracującego już wcześniej, ale na innym stanowisku (np. będącego wcześniej doktorantem) - ktoś z zewnątrz nie miałby praktycznie żadnych szans w ogłoszonym konkursie.

      Jak odbywa się zatrudnianie na stanowiskach adiunkta?
      Najczęściej w czerwcu, świeżo obronieni doktorzy w okresie ostatniego roku akademickiego, składają podania o zatrudnienie na stanowisku adiunkta, czyli o dalsze zatrudnienie na uczelni po obronie doktoratu. Po upływie terminu zgłoszeń zbiera się komisja (nazwę ją tu - pierwszą) i kandydatów, których obecnie zwykle jest zbyt dużo niż uczelnia jest w stanie zatrudnić na kolejne lata, próbuje jakimiś kryteriami sklasyfikować. Zwykle przydzielane są kandydatom punkty za publikacje, staże, konferencje, działalność, zaangażowanie, plany badawcze, granty, itp. Dla tych kandydatów, którzy w tej klasyfikacji okażą się najlepsi ogłasza się dopiero tzw. konkursy na stanowiska nauczycieli akademickich. Jeśli np. dziekan dysponuje sześcioma wolnymi etatami, to ogłasza się sześć konkursów na sześć etatów.

      Wywiesza się ogłoszenia w odpowiednich miejscach na uczelni oraz publikuje na stronach internetowych.


      Ale uwaga

      - jeśli najlepszym kandydatem według pierwszej (jeszcze nie tej konkursowej) komisji jest doktorant profesora X z katedry Y, to ogłasza się konkurs na stanowisko adiunkta w katedrze Y!

       

      Przedstawia się szczegółowy wykaz jakim wymaganiom powinien odpowiadać kandydat na to stanowisko w tej katedrze.

      Nie znam przypadku (z okresu jaki pamiętam, czyli z ok. 15 lat), aby ktokolwiek z zewnątrz (z innej uczelni lub z innej katedry; lub ktoś z tych "gorszych" doktorów według tej wstępnej klasyfikacji, dla których nie ogłoszono konkursu na stanowisko adiunkta w katedrze, w której zrobili dopiero co doktorat) wystartował w konkursie na takie stanowisko jako kontrkandydat. Nawet jakby spróbował, to nie miałby żadnych szans - wyobraź sobie czytelniku, że to ty jesteś profesorem X z katedry Y, miałeś przez 4-5 lat doktoranta i teraz ten doktorant po obronie doktoratu nadal chce u Ciebie pracować i stara się o zatrudnienie w celu rozwijania dalszej kariery naukowej. Kogo byś zatrudnił mając do wyboru jego lub kogoś nieznanego Ci?


      To dlaczego nazywa się to konkursami na stanowiska ???


      Potem oczywiście, według kilkustronicowej instrukcji, ostateczna komisja do przeprowadzenia procedury konkursowej powinna wybrać najlepszego kandydata na dane ogłoszenie, ale ... ta komisja zwykle nie ma chyba już czego wybierać ... Wyboru dokonała "pierwsza" komisja.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kolestravel
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lipca 2015 18:00
  • sobota, 11 lipca 2015
    • Wyjechali już na konferencje wszyscy nasi naukowcy?

      Zaczęły się wakacje, ale nasi naukowcy poza spędzaniem wolnego czasu na urlopach mają jeszcze inne "obowiązki".

      Ruszyli zatem jak co roku na liczne i bardzo atrakcyjne konferencje, zwane przez bardziej doświadczonych stażem w tej branży - wyjazdami Koleś Trawel.


      Przygotowania do takiego atrakcyjnego sposobu spędzenia wakacyjnych dni (lub często także w trakcie roku akademickiego) na koszt podatników, naukowcy rozpoczynają wraz z wstąpieniem do tej śmietanki towarzyskiej. Jedni zaczynają więc przecierać szlaki już nawet na pierwszym roku studiów! Tak, od kilku lat tak się porobiło, że już studenci pierwszego roku angażują się w badania naukowe jako wolontariusze (czyli rozpoczynają lizanie tzw. 4 liter, aby w przyszłości mieć punkt zaczepienia i wyprzedzić innych w wyścigu tzw. szczurów). Inni idą normalnym tokiem i zaczynają od małych wyjazdów krajowych dopiero robiąc doktorat. Rozkręcają się powoli, normalnym tokiem.
      Ale, żeby pojechać w atrakcyjne rejony świata, naukowiec musi mieć spore grono znajomych podróżników z innych krajów - w branży zwie się ich "współpracownikami". No i dopiero na zasadzie: ja zaproszę ciebie a ty w rewanżu mnie - jest łatwiej.


      Taki naukowiec ma co roku (zwykle zimą kiedy planuje wyjazdy na najbliższy rok) spory dylemat - gdzie jeszcze nie był i gdzie by tu wybrać się w tym roku. Jak myślisz drogi czytelniku, dlaczego konferencje naukowe nie odbywają się (lub sporadycznie z małym zainteresowaniem "turystów") w Rosji, Ukrainie, Rumunii, Bułgarii itp.?
      Odpowiedź jest oczywista - tam nie ma co zwiedzać a i teren niebezpieczny lub kraj biedny.
      A kasy co rok do wydania sporo, więc naukowiec nie jedzie zwykle sam - zabiera na wycieczkę swoich najlepszych współpracowników. Z kimś piwo na bankiecie wypić musi. A ile potem taki naukowiec będzie miał do opowiadania, z kim jechał windą w hotelu, z kim pił herbatę czy kawę, z kim zrobił sobie fotki. Niezapomniane chwile na wiele lat. Przy każdej okazji potem można powiedzieć, że z takim a takim (może późniejszym nawet Noblistą) to ja się znam, byliśmy razem tu i tu - po prostu zdobycz bezcenna !


      Będzie też można pochwalić się przed innymi naukowcami, którzy mniej zaradni, może nie wszędzie jeszcze zdążyli pojechać. Albo może nie chcieli ... (znam profesora co był już na każdym z kontynentów: USA, Kanada, Brazylia, Argentyna, Kenia, Egipt, RPA, Chiny, Japonia, Australia, i cała zachodnia Europa oczywiście).  Będzie kolejny identyfikator z konferencji do kolekcji, można będzie go sobie zawiesić na eksponowanym miejscu, żeby inni zobaczyli, gdzie się już nie było. Zdobycz bezcenna.
      Przy okazji identyfikatorów ... zawsze zastanawiam się, dlaczego ci podróżnicy paradują z tymi identyfikatorami zawieszonymi na szyi lub przypiętymi do klapy po mieście - czyli poza terenem konferencji? Czy na mieście też przechodnie mają wiedzieć kto przyjechał do ich miasta?

      No i oczywiście na koniec roku będzie o czym napisać w sprawozdaniu, rozliczeniu - co się w poprzednim roku zrobiło. Napisze sobie taki podróżnik, że uczestniczył w międzynarodowej konferencji, że wygłosił wykład, że jego wykład zostanie opublikowany.

       

      I tak to się kręci. A dziura w różnych budżetach coraz większa. A młodzi naukowcy nie mają czym robić swoich badań i realizować pomysłów, gdy mają jeszcze na początku kariery do tego zapał. I tzw. nauka w tym kraju wygląda jak wygląda ...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      kolestravel
      Czas publikacji:
      sobota, 11 lipca 2015 11:05